FANDOM



"Jeszcze zanim dojechałem, przemyślałem całą taktykę, jaką zamierzałem obrać.

Toteż kiedy w odpowiedzi na moje pukanie po jakichś trzydziestu sekundach otworzyły się drzwi do wielkiej starej rezydencji, wiedziałem, co powiedzieć. Przemyślałem to idąc długim, krętym, wysypanym białym żwirem podjazdem, między ciemnymi dębami i jasnymi klonami; liście szeleściły mi pod stopami, a wiatr chłodził świeżo podgolony kark pod podniesionym kołnierzem marynarki. Zapach mojego płynu do włosów mieszał się z duszącą wonią bluszczu, który oplatał ściany tego szarego ceglanego domostwa. Nie było tu nic znajomego. Miałem wrażenie, że jestem tu po raz pierwszy.

Zapukałem i w środku rozległo się echo.

Wpakowałem ręce do kieszeni i czekałem.

Kiedy drzwi się otworzyły, uśmiechnąłem się i skinąłem głową obsypanej pieprzykami pokojówce o śniadej cerze i portorykanskim akcencie.

- Tak? - spytała.

- Chciałbym się widzieć z panią Evelyn Flaumel.

- Kogo mam zaanonsować?

- Jej brata. Carla.

- Och, proszę wejść - powiedziała.

Hall, do którego wszedłem, miał mozaikową podłogę z maleńkich łososiowo-turkusowych płytek i mahoniowe ściany, a na lewo stała długa, wielka donica, pełna zielonych liściastych roślin. Z góry szklano-emaliowany sześcian rzucał żółte światło.

Dziewczyna odeszła, a ja rozglądałem się za czymś znajomym.

Nic.

Czekałem więc.

W końcu pokojówka wróciła, uśmiechnęła się, dygnęła i powiedziała:

Proszę za mną. Pani przyjmie pana w bibliotece.

Poszedłem za nią trzy stopnie w górę, a potem korytarzem obok dwojga zamkniętych drzwi. Trzecie na lewo były otwarte i te właśnie pokojówka mi wskazała. Wszedłem i zatrzymałem się na progu.

Biblioteka, jak wszystkie biblioteki, była pełna książek. Wisiały w niej także trzy obrazy, dwa przedstawiające sielskie widoki, a trzeci spokojne morze. Na podłodze leżał gruby zielony dywan. Obok dużego biurka stał wielki globus zwrócony do mnie Afryką, a z tyłu ciągnęło się na całą ścianę okno, osiem wielkich tafli szklą. Ale nie dlatego zatrzymałem się w progu.

Kobieta za biurkiem była ubrana w turkusową suknię z szeroką krezą i dekoltem w szpic, miała fryzurę z długą grzywką i włosy koloru pośredniego między barwą obłoków o zachodzie słońca a drgającym płomieniem świecy w ciemnym pokoju. Jej oczy - co jakimś cudem wiedziałem - skryte za okularami, których chyba nie potrzebowała, były błękitne jak jezioro Erie o trzeciej po południu w bezchmurny, letni dzień; a kolor jej powściągliwego uśmiechu pasował do włosów. Ale nie to sprawiło, że stanąłem w progu jak wryty.

Skądś ją znałem, ale nie wiedziałem skąd.

Podszedłem, przykleiwszy do twarzy uśmiech.

- Jak się masz - powiedziałem.

- Siadaj, proszę - wskazała mi przepastny, pomarańczowy fotel z rodzaju tych, w jakie człowiek z lubością się zagłębia.

Usiadłem, a ona uważnie mi się przyjrzała.

- Cieszę się, że znów jesteś na chodzie - powiedziała.

- Ja tez - odparłem. - A co u ciebie?

- Wszystko dobrze, dziękuję. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się twojej wizyty.

- Wiem - zablefowałem - ale przyszedłem podziękować ci za twoją siostrzaną pomoc i opiekę. - Nadałem temu lekko ironiczny ton, żeby zobaczyć jej reakcję.

W tym momecie do pokoju wszedł ogromny pies - wilczarz irlandzki - i położył się przed biurkiem. Tuż za nim wsunął się drugi okaz i wolno okrążył dwa razy globus.

- No cóż - odparła z równą ironią - przynajmniej tyle mogłam dla ciebie zrobić. Powinieneś jeździć ostrożniej.

- Na przyszłość będę bardziej uważał, przyrzekam. - Nie wiedziałem, jaka gra się tu toczy, ale ponieważ ona nie wiedziała, że ja nie wiem, postanowiłem wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji. - Pomyślałem sobie, że będziesz ciekawa, w jakim jestem stanie, więc przyjechałem się pokazać.

- Tak, oczywiście - odpowiedziała. - Czy jadłeś coś?

- Lunch kilka godzin temu.

Zadzwoniła na pokojówkę i kazała podać posiłek.

- Podejrzewałam, że sam zechcesz wynieść się z Greenwood, jak tylko poczujesz się na siłach - oznajmiła. - Ale nie przypuszczałam, że nastąpi to tak szybko i że się tutaj zjawisz.

- Wiem - odparłem. - I dlatego tu jestem.

Poczęstowała mnie papierosem, podałem jej ogień i sam zapaliłem.

- Zawsze byłeś nieobliczalny - oświadczyła w końcu. - I chociaż w przeszłości często ci to pomagało, w tej chwili bym na to nie liczyła.

- Co masz na myśli? - spytałem.

- Stawka jest za wysoka na blef, a chyba tego właśnie próbujesz, przychodząc tu sobie jakby nigdy nic. Zawsze podziwiałam twoją odwagę, Corwin, ale nie bądź głupcem. Znasz sytuację.

Corwin? Trzeba zanotować to w pamięci pod "Corey".

- Niekoniecznie - odparłem. - Nie zapominaj, że ostatnio dłuższy czas przespałem.

- Chcesz przez to powiedzieć, że się z nikim nie kontaktowałeś?

- Nie miałem okazji, odkąd odzyskałem przytomność.

Przechyliła głowę na ramię i zmierzyła mnie swoimi cudownymi oczami.

- Niezbyt to roztropne - powiedziała - ale możliwe. Całkiem możliwe. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciebie. Załóżmy, że mówisz prawdę. W takim razie postąpiłeś mądrze i bezpiecznie. Niech no pomyślę.

Zaciągnąłem się papierosem z nadzieją, że powie coś jeszcze, Ale milczała, wobec tego postanowiłem wykorzystać punkt zdobyty w tej grze, dla mnie nie zrozumiałej, z nieznanymi graczami i niejasnym celem.

Sam fakt, że tu przyszedłem, coś znaczy - powiedziałem.

- Tak - odparła - wiem. Ale ponieważ jesteś sprytny, może to znaczyć niejedno. Poczekamy i zobaczymy.

Poczekamy na co? Co zobaczymy?

Przyniesiono steki i dzban piwa, zostałem więc na chwilę zwolniony od czynienia ogólnikowych i mętnych uwag, które ona mogła interpretować jako subtelne lub wieloznaczne. Stek był doskonały, krwisty w środku i soczysty; z przyjemnością zagłębiłem też zęby w świeżym, chrupiącym chlebie i pociągnąłem łyk piwa, zaspokajając głód i pragnienie. Evelyn śmiała się, obserwując mnie i dziubiąc widelcem w talerzu.

- Lubię patrzeć, jak umiesz cieszyć się życiem - powiedziała. - I dlatego wolałabym, żebyś nie musiał się z nim rozstawać.

- Ja też - przyznałem z pełnymi ustami.

Jadłem i przyglądałem się jej. Zobaczyłem ją naraz w wydekoltowanej, wieczorowej sukni, szmaragdowej jak morze, na tle muzyki, tańców, głosów... Ja byłem w srebrno-czarnym stroju i... Obraz się rozpłynął. Ale wiedziałem, że wspomnienie było prawdziwe i kląłem w duchu, że trwało tak krótko. Co ona wtedy do mnie mówiła, kiedy stała w swojej szmaragdowej sukni przede mną ubranym na czarno i srebrno, tej nocy z muzyką, tańcami i szmerem głosów w tle?

Dolałem piwa i zdecydowałem się zapuścić sondę.

- Pamiętam pewną noc - powiedziałem - kiedy byłaś w szmaragdowej sukni, a ja w swoich kolorach. Jakie to były szczęśliwe chwile... i ta muzyka...

Na jej twarzy pojawił się cień melancholii, a rysy złagodniały.

- Tak... - powiedziała. - To były czasy, prawda...? Rzeczywiście z nikim się nie kontaktowałeś?

- Słowo honoru - przysiągłem, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

- Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót - mówiła - a Cienie kryją okropności, o jakich się nam nawet nie śniło...

- I...? - pytałem dalej.

- On nadal ma kłopoty - skończyła.

- Och!

- Tak - dodała - i będzie chciał wiedzieć, gdzie stoisz.

- Tutaj - odparłem.

- To znaczy...?

- Na razie - dopowiedziałem, może zbyt szybko, bo jej oczy rozszerzyły się trochę za bardzo - dopóki nie poznam całokształtu sprawy. - Cokolwiek to miało znaczyć.

- Och!

Skończyliśmy nasze steki i piwo, a kości rzuciliśmy psom. Przy kawie poczułem przypływ braterskich uczuć, ale je zdusiłem.

- A co z resztą? - spytałem, starając się, by brzmiało to neutralnie i bezpiecznie.

W pierwszej chwili wystraszyłem się, że spyta, co mam na myśli, ale ona wyciągnęła się wygodniej w fotelu, wlepiła wzrok w sufit i powiedziała:

- Jak zwykle, od nikogo nie słychać nic nowego. Może ty postąpiłeś najrozsądniej. Mnie się to w każdym razie podoba. Ale jak można zapomnieć... czasy świetności?

Spuściłem oczy, bo nie byłem pewien, co powinny wyrażać.

- Nie można - powiedziałem. - Nigdy nie można.

Nastąpiła długa, niezręczna cisza, którą przerwała pytaniem;

- Czy mnie nienawidzisz?

- Oczywiście, że nie - odparłem. - Jak mógłbym cię nienawidzić... zważywszy na okoliczności?

Chyba ją to ucieszyło, bo pokazała w uśmiechu piękne białe zęby.

- To dobrze, dziękuję ci - rzekła. - Cokolwiek by mówić, jesteś dżentelmenem.

Skłoniłem się z emfazą.

- Zawrócisz mi w głowie.

- Wątpię - powiedziała. - Zważywszy na okoliczności...

Zrobiło mi się nieswojo.

Wciąż palił mnie gniew i ciekaw byłem, czy ona wie, kto na ten gniew zasłużył. Miałem wrażenie, że tak. Poczułem nieodparte pragnienie, aby ją o to zapytać wprost, ale się powstrzymałem.

- No więc, co proponujesz? - zagadnęła w końcu.

Przyparty w len sposób do muru odrzekłem:

- Oczywiście, nie ufasz mi...

- Jak moglibyśmy ci ufać?

Postanowiłem zapamiętać to "my".

- Cóż, na razie jestem gotów oddać się w twoje ręce. Z chęcią pozostanę u ciebie, co pozwoli ci mieć mnie na oku.

- A potem?

- Potem? Zobaczymy.

- Sprytnie - powiedziała. - Bardzo sprytnie. I stawiasz mnie w niezręcznej sytuacji. (Zaproponowałem to tylko dlatego, że nie miałem gdzie się podziać, a reszta wymuszonych szantażem pieniędzy nie na długo by mi starczyła). Naturalnie, możesz zostać. Ale ostrzegam cię - tu pokazała wisiorek na łańcuszku, który nosiła na szyi - to jest ultradźwiękowy gwizdek na psy. Donner i Blitzen mają czterech braci, a cała szóstka świetnie radzi sobie z niepożądanymi osobnikami i reaguje na mój gwizdek. Nie próbuj więc myszkować tam, gdzie cię nie proszą. Jeden gwizd i nawet ty nic przeciwko nim nie wskórasz. To dzięki tej właśnie rasie w Irlandii nie ma już wilków, wiesz.

- Wiem - przyznałem i uzmysłowiłem sobie, że to prawda.

- Tak - ciągnęła. - Erykowi się to spodoba, że jesteś moim gościem. To powinno go skłonić do zostawienia cię w spokoju, a przecież o to ci właśnie chodzi, n'est-ce pas?

- Oui - przyznałem.

Eryk! To imię coś mi mówiło! Znałem jakiegoś Eryka i była to bardzo ważna znajomość. Ten Eryk, którego znalem, nadal najwyraźniej kręci się gdzieś w pobliżu, i to też było ważne.

Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że go nienawidziłem. Nienawidziłem go tak bardzo, że mógłbym go zabić. I niewykluczone, że próbowałem.

Uświadomiłem też sobie, że łączy nas pewna więź.

Rodzinna?

Tak, właśnie tak. Żaden z nas nie był tym zachwycony, że jesteśmy... braćmi! Tak, teraz sobie przypomniałem: potężny, władczy Eryk o krętej, lśniącej brodzie i oczach - dokładnie takich samych jak oczy Evelyn!

Zalała mnie nowa fala wspomnień, zaszumiało mi w skroniach, poczułem ciepło rozlewające się na karku.

Zachowałem jednak kamienną twarz i jakby nigdy nic zaciągnąłem się papierosem popijając piwo, choć jednocześnie uzmysłowiłem sobie, że Evelyn jest rzeczywiście moją siostrą! Tylko że nie nazywa się Evelyn. Nie mogłem sobie przypomnieć, jak się naprawdę nazywa, ale nie Evelyn. Postanowiłem być ostrożny i nie zwracać się do niej po imieniu, dopóki sobie nie przypomnę.

A kim ja jestem? I co się właściwie wokół mnie dzieje?

Nagle poczułem, że Eryk musiał mieć coś wspólnego z moim wypadkiem. Miał to być wypadek śmiertelny, ale udało mi się przeżyć. I to on był sprawcą? Tak - podpowiedziało mi przeczucie. To musiała był sprawka Eryka. A Evelyn z nim współpracowała, opłacając szpital, żeby trzymano mnie w stanie odurzenia. Lepsze to niż śmierć, ale...

Równocześnie zdałem sobie sprawę, że przychodząc do Evelyn oddałem się niejako w ręce Eryka i jeśli tu zostanę, będę jego więźniem, wystawionym na kolejny atak.

Niemniej ona twierdziła, że jako jej gość mogę liczyć na spokój z jego strony. Należało się nad tym zastanowić. Nie wolno mi o niczym decydować pochopnie, muszę mieć się nieustannie na baczności. Może byłoby lepiej, gdybym stąd odszedł i poczekał, aż stopniowo wróci mi pamięć.

Ale zżerała mnie jakaś straszna, gorączkowa niecierpliwość. Musiałem jak najszybciej poznać całą prawdę i zacząć odpowiednio działać. Popychał mnie do tego nieodparty przymus wewnętrzny. Jeśli nawet za odzyskanie pamięci przyjdzie mi ponieść koszty ryzyka i niebezpieczeństwa, to trudno. Zostanę.

- Pamiętam też... - mówiła Evelyn i uprzytomniłem sobie, że opowiada coś od dłuższej chwili, a ja nie słucham. Może przyczyną był refleksyjny ton jej słów, nie wymagający odpowiedzi, może mój własny natłok myśli. - Pamiętam, jak kiedyś zwyciężyłeś Juliana w jego ulubionej grze; a on zaklął i rzucił w ciebie kielichem pełnym wina. Wtedy ty chwyciłeś z wściekłością swoje trofeum i zamierzyłeś się, a on się przestraszył, że posunął się za daleko. Ale ty się nagle roześmiałeś i przepiłeś do niego. Było mi przykro, że ty, zawsze taki chłodny i opanowany, wpadłeś w taki gniew, a w Julianie wzbudziłeś tego dnia zawiść. Pamiętasz? Wydaje mi się, że od tej pory pod wieloma względami usiłuje cię naśladować. Ale ja nadal go nienawidzę i mam nadzieję, że go wkrótce diabli wezmą... Coś czuję, że tak będzie...

Julian, Julian, Julian. Tak i nie. Jakaś gra, kłótnia i utrata mojej niemal legendarnej zimnej krwi. Było w tym coś znajomego, lecz nie, nie mogłem sobie przypomnieć, o co właściwie chodziło.

- A Caine, jego to dopiero wystrychnąłeś na dudka! Wciąż cię nienawidzi, wiesz...

Zrozumiałem, że nie jestem osobą szczególnie lubianą. Ale to uczucie w dziwny sposób sprawiało mi przyjemność.

A imię Caine także zabrzmiało swojsko. Nawet bardzo Eryk, Julian, Caine, Corwin. Te imiona dudniły mi w uszach i rozsadzały czaszkę.

- To było tak dawno temu - powiedziałem niemal bezwiednie i chyba zgodnie z prawdą.

- Corwin, nie bawmy się w ciuciubabkę. Chcesz czegoś więcej niż bezpiecznego kąta, wiem o tym. I jesteś wciąż dość silny, żeby zdobyć coś dla siebie, jeśli odpowiednio to rozegrasz. Nie mam pojęcia, co knujesz, ale może moglibyśmy dojść do porozumienia z Erykiem. - Teraz słówko "my" przeszło najwyraźniej na naszą stronę. Musiała uznać, że jestem coś wart w tej grze, o cokolwiek się ona toczy. Zobaczyła szansę osiągnięcia własnych korzyści. Uśmiechnąłem się kącikiem ust. - Czy dlatego tu przyszedłeś? - ciągnęła. - Masz jakąś propozycję dla Eryka i szukasz kogoś, kto mógłby posłużyć jako pośrednik?

- Może... - powiedziałem. - Ale muszę się najpierw zastanowić. Ledwo wróciłem do zdrowia i mam sporo spraw do przemyślenia. Jednak na wszelki wypadek wołałem ulokować się w miejscu, z którego mógłbym szybko działać, gdybym doszedł do wniosku, że w moim interesie jest zawrzeć pakt z Erykiem.

- Uważaj - powiedziała. - Wiesz, że powtórzę każde twoje słowo.

- Oczywiście - przytaknąłem, wcale o tym nie wiedząc i szukając szybkiego wyjścia z sytuacji - chyba że w twoim interesie będzie współpracować ze mną.

Ściągnęła brwi, między którymi pokazały się leciutkie zmarszczki.

- Nie bardzo wiem, co mi proponujesz.

- Jeszcze nic. Jestem tylko z tobą całkiem szczery i mówię ci, że na razie sam nie wiem, co dalej. Nie mam pewności, czy chcę dochodzić do porozumienia z Erykiem. - W końcu... - specjalnie zawiesiłem głos, bo czułem, że powinienem coś zaproponować, a nie wiedziałem co.

- Masz inną propozycję? - zerwała się nagle na równe nogi, chwytając za gwizdek. - Bleys! Oczywiście!

- Siadaj - powiedziałem - i nie bądź śmieszna. Czy oddałbym się tak chętnie i bez namysłu w twoje ręce, żeby zostać rzuconym na pożarcie psom w chwili, gdy przyjdzie ci do głowy Bleys?

Odprężyła się, a nawet jakby trochę skuliła, a potem usiadła.

- Może i nie - przyznała w końcu. - Ale wiem, że lubisz stawiać wszystko na jedną kartę, i wiem też, że jesteś podstępny. Jeśli przyszedłeś tu z zamiarem pozbycia się przeciwnika, to szkoda fatygi. Nie jestem taka znów ważna. Powinieneś już tyle wiedzieć. Poza tym zawsze myślałam, że mnie lubisz.

- Lubiłem cię i lubię - zapewniłem ją - więc nie masz się czego obawiać. Ciekawe, że wspomniałaś akurat to imię.

Żeby tylko połknęła przynętę! Tylu rzeczy musiałem się dowiedzieć!

- Dlaczego? Czyżby rzeczywiście skontaktował się z tobą?

- Wolałbym o tym nie mówić - odparłem mając nadzieję, że da mi to jakąś przewagę i teraz, znając już płeć owego Bleysa, dorzuciłem: - Nawet gdyby tak było, odpowiedziałbym mu to samo, co Erykowi: "Muszę to przemyśleć".

- Bleys - powtórzyła, a ja dodałem w myślach; Bleys, lubię cię. Nie pamiętam dlaczego i może nawet niekoniecznie mam ku temu powody, ale cię lubię. Tyle wiem.

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu i poczułem, że ogarnia mnie zmęczenie, ale nie chciałem tego po sobie pokazać. Powinienem być silny. Wiedziałem, że muszę być silny. Uśmiechnąłem się więc i powiedziałem:

- Ładną masz bibliotekę.

A ona odparła:

- Dziękuję.

- Bleys - powtórzyła znów po chwili. - Naprawdę uważasz, że ma szansę?

Wzruszyłem ramionami.

- Kto to może wiedzieć? Na pewno nie ja. Może ma, a może nie.

Oczy jej się rozszerzyły, spojrzała na mnie z otwartymi ustami.

- Chyba nie zamierzasz... nie zamierzasz sam spróbować?

Roześmiałem się, głównie po to, żeby ją uspokoić.

- Nie bądź niemądra. Ja? - Ale wiedziałem, że mówiąc to, poruszyła we mnie jakąś strunę, jakieś głęboko ukryte pragnienie, które odpowiedziało potężnym: "Czemu nie?"

I naraz ogarnął mnie wielki strach.

Ona w każdym razie wyglądała na uspokojoną moim odżegnaniem się od tego, od czego się odżegnałem. Uśmiechnęła się i ruchem głowy wskazała wbudowany w ścianę barek na lewo ode mnie.

- Napiłabym się trochę Irish Mist - powiedziała.

- Ja też, skoro już o tym mowa - przyznałem, podniosłem się i nalałem nam po kieliszku.

- Wiesz - powiedziałem, usadowiwszy się znów wygodnie w fotelu - przyjemnie jest tak pobyć znów razem, nawet jeśli to tylko na krótko. Od razu nasuwa się tyle wspomnień.

Odpowiedziała uśmiechem, z którym jej było bardzo do twarzy.

- Masz rację - przyznała, pociągając łyczek. - Czuję się przy tobie niemal jak w Amberze - a ja omal nie wypuściłem kieliszka z ręki, Amber! To słowo uderzyło we mnie jak grom!

W tym momencie ona zaczęła płakać, podszedłem więc i objąłem ją pocieszająco ramieniem.

- Nie płacz, siostrzyczko, proszę cię, nie płacz. Sprawiasz mi ból. - Amber! Coś się w tym kryło, coś porywającego i potężnego, - Jeszcze znów nadejdą dobre czasy - dodałem pocieszająco.

- Czy naprawdę w to wierzysz? - spytała.

- Tak - potwierdziłem z mocą. - Wierzę!

- Jesteś szalony - powiedziała. - Może właśnie dlatego zawsze byłeś moim ulubionym bratem. Niemal wierzę w to, co mówisz, choć wiem, że jesteś szalony. - Chlipnęła jeszcze raz i drugi, i przestała. - Corwin - ciągnęła - gdyby ci się udało... gdyby jakimś nieprawdopodobnym cudem ci się udało, będziesz pamiętać o swojej siostrze Florimel?

- Tak - obiecałem, zdając sobie sprawę, że to jej prawdziwe imię. - Tak, będę o tobie pamiętał.

- Dziękuję ci. Powiem Erykowi tylko to, co konieczne, nie wspomnę ani słowem o Bleysie i zatrzymam dla siebie swoje najnowsze podejrzenia.

- Dziękuję, Floro.

- Ale pamiętaj, że ci nie ufam ani na jotę - dodała.

- To się rozumie samo przez się.

Wezwała pokojówkę, która zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie ledwo zdołałem się rozejrzeć, a potem padłem na łóżko i spałem przez jedenaście godzin."

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki